Blog,  Katowice,  LIFESTYLE,  muzyka

Z OFF Festival prosto na stół operacyjny! Kolejna lekcja życiowa za sobą! Na szczęście z happy endem

Kiedy ocierasz się o coś niebezpiecznego masz dwa wyjścia: albo panikujesz albo bierzesz się w garść i brniesz do przodu! Ja wybrałam to drugie.

W maju w trakcie badania kontrolnego ujawnił się guz w mojej macicy. Po kilku konsultacjach z lekarzami, którzy nie byli pewni co przedstawia usg, podjęli decyzje, że muszę się poddać operacji, aby rozeznać co to za świństwo we mnie jest i koniecznie sprawdzić jego histopatologię. Zanim do tego doszło trzeba było porobić różne inne badania, ponieważ równocześnie pojawiły się powiększone węzły chłonne w wielu miejscach mojego ciała. Także wszelkie tomografie, rtg i biopsje trzeba było zrobić. To trwało. Nic innego nie mogłam zrobić jak czekać cierpliwie i…cieszyć się życiem, bez względu na to co może się wydarzyć. Jak?

Często jeździłam do pracy na kole, bo wiedziałam, że wkrótce przez dłuższy czas nie będę mogła wsiądź na rower. I w taki oto sposób ostatnie dwa tygodnie przed operacją jeździłam codziennie i przejechałam 220 km (11 km w jedną stronę) tylko jeżdżąc tam i z powrotem do pracy. Moja trasa odbywa się przez las, który jest moją oazą. Jeszcze bardziej doceniałam te piękne zjawisko natury. Jeżdżąc na kole wpatrywałam się w drzewa i w ich majestatyczną wysokość. Słuchałam muzyki na słuchawkach – głównie Kraddy! Była frajda z prędkości i powiewu wiatru. Czułam przyjemne zmęczenie i radość z intensywnej jazdy. Codziennie w ten sposób spędziłam 2 godziny czasu i byłam wdzięczna za taką możliwość.

Wiedziałam, że w tym roku nigdzie nie wyjadę na wakacje, więc zdecydowałam, że moimi wakacjami będzie moja największa pasja – muzyka! To oznacza, że katowickie festiwale stały się miejscem, gdzie odpoczywałam! Nabierałam sił i wiary w jutro jednocześnie zbytnio nie myśląc o jutrze. Byłam w pełni skupiona na przeżywaniu tylko tego co działo się zarówno na Tauron Nowa Muzyka Katowice jak i OFF Festival! Byłam tu i teraz. Kiedy zdajesz sobie sprawę, że nie wiesz co Cię czeka i na dodatek masz pozytywne podejście do życia, to chcesz się doświadczać radość każdą chwilą. Nie chcesz narzekać, oczekiwać czy marudzić. Chcesz się szeroko uśmiechać, cieszyć się i tańczyć. Nagle okazuje się, że wiele rzeczy bardziej dostrzegasz, jesteś bardziej skupiony i nabierasz większego zrozumienia na to co Cię otacza. Po prostu doświadczasz głębię swojej pasji. Niesamowicie jestem temu wdzięczna.

Zarówno na Tauron Nowa Muzyka jak i na OFF Festival bawiłam się wspaniale! Były to moje najlepsze edycje! Dlaczego? Dlatego, że byłam świadomie obecna tu i teraz i dlatego, że po raz pierwszy wybrałam się na nie w pojedynkę! I to była najlepsza decyzja, bo dzięki temu byłam bardzo chłonna na to co dzieje się wokół mnie. Stałam się bardziej mobilna i jeszcze bardziej otwarta na ludzi. Nie byłam uzależniona od potrzeb moich towarzyszących znajomych ani od ich zadowolenia z bycia na festiwalu. Byłam wolnym strzelcem, zmierzałam tam gdzie chciałam i kiedy chciałam. Jeśli miałam ochotę tańczyć to tańczyłam, jeśli chciałam być blisko pogo, to byłam, jeśli chciałam zmienić lokalizację w trakcie koncertu, to zmieniałam. Co za wygoda! Oczywiście poznałam wspaniałych ludzi, spotkałam wiele fajnych znajomych i pozamieniało się parę słów na temat koncertów. Jednak uczucie wyzwolenia i swobodnego poruszania się po festiwalu jest czymś wspaniałym! Jasne, że lubię towarzystwo, ale już dojrzałam do tego jakie to ma być towarzystwo – nie byle jakie! Szanuję swoje zdrowie i stan psychiczny, stąd wiem czego chce od ludzi. Jeśli tego nie ma, no problem, potrafię cieszyć się tylko swoim towarzystwem. Z takimi wnioskami wróciłam w poniedziałek o 3 nad ranem z OFF Festiwalu i o 8 wstawiłam się na izbę przyjęć w Miejskim Szpitalu w Zabrze.

Właśnie wróciłam z OFFa ♥ Pod klatką słyszę muzykę z Doliny 3 Stawów – Jacques Greene kończy set a finalnie 13 edycję…

Opublikowany przez Urszulę Mączak Niedziela, 5 sierpnia 2018

Nie zdążyłam skończyć relację z festiwalu. We wtorek zostałam operowana. Po operacji przez 24 godziny leżałam w specjalnej sali pooperacyjnej pod urządzeniami monitującym mój stan. Łatwo nie było. Ból straszny. Brało mnie na wymioty, a to oznaczało, że cały brzuch musiał pracować. Z kolei to powodowało jeszcze większy ból. Płakałam aż w końcu, jakimś cudem zasnęłam. Wieczorem już było lepiej, bo zadziały przeciwbólowe leki. Na kolejny dzień wróciłam do swojej sali i tam powoli dochodziłam do siebie. Ból nadal towarzyszył i nadal nie mogłam jeść. Wtedy po raz pierwszy od dwóch lat miałam straszną ochotę na same niezdrowe żarcie, a zwłaszcza na słodycze. Tak cukru się organizm domagał, chciał energii.

Trzeciego dnia zabrnęłam za daleko. Pielęgniarki zalecały wstawać z łóżka, aby trochę rozruszać mięśnie. No to ja twardo. Od razu na nogi i prosto do okna. Zapamiętałam tylko tyle, że zakręciło mi się w głowie i urwał mi się film. Potem ocknęła mnie pielęgniarka pytając mnie czy wiem gdzie jestem i jednocześnie próbując mnie podnieść. Okazało się, że zemdlałam. Prawdopodobnie z braku sił. Miałam farta, że tylko uszkodziłam sobie wargę, bo w pobliżu był kaloryfer i stojący wieszak na ubranie i mogło się to skończyć o wiele gorzej. Czwartego dnia zjadłam najsmaczniejszą rzecz na świecie – biszkopt! Chyba do końca życia będę o tym słodyczu pozytywnie myślała. No i rosołek! Zawsze się sprawdzi. Ból był ciągle rwący i silny. Coś okropnego. Chodziłam jak babunka. Chciałam więcej, ale nie potrafiłam, bo ból mnie ograniczał. Tego dnia dowiedziałam się, że na szczęście niewiadomy guz okazał się mięśniakiem (nowotwór łagodny) a nie mięsakiem (nowotwór złośliwy). Piątego dnia zostałam wypisana ze szpitala. Wychodząc ze szpitala o własnych siłach szłam tempem żółwia, ale za to byłam szczęśliwa, że mogłam znowu poczuć świeże powietrze i że wkrótce będę w swoim kochanym domku.

Rekonwalescencja była długa. W sumie trwa, ale sama rana jest już zagojona, jedynie są momenty gdy poczuję, że przeginam z wysiłkiem. Na początku byłam strasznie niecierpliwa. Chciałam szybko wrócić do normalnego życia. Aż przyszedł moment głębokiej refleksji. Stało się to po wizycie u ginekologa, który mnie uświadomił co się w ogóle wydarzyło w moim życiu, o co ja się otarłam. Zdałam sobie sprawę, że ani przez chwilę aż do operacji i długo po, nie dopuszczałam myśli, że to może źle się skończyć. Niby racjonalnie wiedziałam o zagrożeniu, ale emocjonalnie nie było takiej opcji. Byłam skupiona tylko na tym, by z całych sił cieszyć się z życia. Kiedy ginekolog powiedział mi, że wyszłam z tego obronną ręką i że cieszy się bardzo, że to tak się skończyło, bo obawiał się najgorszego – mięsaka albo wycięcia macicy i jajników, co oznaczałoby pogorszenie mojego zdrowia, dotarło do mnie, że otarłam się o coś niebezpiecznego. Popłakałam się. Napływały myśli czemu ja mam żyć, a ktoś obok mnie nie ma takiego szczęścia i umiera. To było najtrudniejsze w tym całym zdarzeniu!!! Kiedy się pozbierałam, poczułam, że się ta sytuacja mocno mnie zmienia. Do teraz nie potrafię określić co to za zmiana. Pewnie czas pokaże skutki tych zmian i będę potrafiła coś więcej wywnioskować.

Od kilku dni jestem już w domu. Operację przeprowadzono pomyślnie bez większych konsekwencji. Przede wszystkim był to…

Opublikowany przez Urszulę Mączak Czwartek, 16 sierpnia 2018
Po prostu bardzo kocham życie, nawet wtedy kiedy jest bardzo ciężko. Mam taki charakter, że do końca walczę, nawet jak boli fizycznie czy psychicznie (notorycznie niebędąca tego świadoma, że nie dopuszczam do siebie złej opcji do samego końca). Bardzo wiele emocji dociera do mnie bardzo późno, długo po fakcie. Wcześniej jestem w stanie gotowości, żeby albo działać albo korzystać z życia ile wlezie! Z jednej strony to świadczy o sile charakteru, z drugiej potrafię latami kumulować emocje, co wiadomo, nie jest dobre dla zdrowia. Przynajmniej jestem już tego świadoma! Kolejna lekcja życiowa za sobą!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.